Myśli Polska Przyroda

Kto rano wstaje…

Zaczyna się zawsze tak samo – od dzwonka budzika, rozdzierającego głuchą ciszę nocy. Przez okno sypialni sączy się jedynie żółte światło latarni. Po plecach przebiega lekki dreszcz niepokoju, przez głowę – myśl, że chyba zwariowałam. Zamiast przyjemnie bujać w obłokach snu, po czym łagodnie dać się obudzić ćwierkającym na parapecie wróblom, na własne życzenie zostaję gwałtownie ściągnięta do rzeczywistości – ciemnej i chłodnej. Ale w miarę gdy się rozbudzam, nieprzyjemne uczucie powoli ustępuje miejsca podekscytowaniu, wciąż nieco zaspanemu, jednak na tyle silnemu, by móc poderwać się z łóżka. Jem szybkie śniadanie, biorę jeszcze szybszy prysznic. Wskakuję w wygodne ubranie, na plecy zarzucam spakowany poprzedniego dnia plecak i wyruszam –ku wschodzącemu słońcu.

Z chwilą, gdy przekręcam kluczyk w stacyjce samochodu, czuję się niemal wyspana – miejsce kierowcy rozbudza mnie lepiej niż kawa. Z głośników jak zwykle witają mnie dźwięki gitary i ciepły, matowy głos Marka Knopflera („What it is” zwyczajnie nie jest w stanie mi się znudzić). Jadę przez migające na pomarańczowo, wyłączonymi sygnalizacjami, śpiące miasto i tylko z rzadka mijam inne samochody. Po drodze obserwuję jak po niebie rozlewają się zgaszone barwy poranka – delikatne błękity, róże i fiolety, wymieszane jakby z garścią popiołu – zwiastując rychły wschód słońca. Uśmiecham się do siebie, nie mogąc się go doczekać.

Wreszcie docieram na miejsce. I do momentu, w którym nitki scenariusza za każdym razem wędrują inaczej, tworząc niepowtarzalne sploty doznań, obrazów i zdarzeń, nigdy nie pozwalając mi być pewną tego, co mnie czeka. Niekiedy malujące się sceny przepełnione są  jakimś wyjątkowym czarem i szczególnie głęboko zapadają mi w pamięć. Zbieram je i pielęgnuję, co jakiś czas wracając do nich z tęsknotą.

***

Moją twarz oblepia zawieszony jeszcze w powietrzu chłód nocy. Część chmur, zamiast płynąć po niebie, zeszła na ziemię i niespiesznie przechadza się po łące, oblekając ją niby muślinową zasłoną. Łąka w tej szacie jest cicha, spokojna i piękna. Na tle jej żółci i zieleni jaśnieją delikatne polne kwiaty i pajęczyny pokryte perełkami rosy. Tu i ówdzie na trawach przysiadają drobne ptaki, by za chwilę zniknąć w gąszczu roślin. Z kolei potężne kruki urządzają sobie sejmik na rzędzie uschniętych brzóz. W oddali spokojnie pasie się sarna, co jakiś czas znikając w fali porannej mgły. Mgła jeszcze przez jakiś czas próbuje stawić opór ciepłym promieniom coraz silniej grzejącego słońca. Kiedy jednak ostatecznie ulega – pryska, wpuszczając na łąkę strumienie złotego światła. Długo cieszę oczy tym widokiem, po czym wybieram się na spacer po lesie. Spacer w obłokach świeżego zapachu sosen, przy akompaniamencie ptasich chórów, z przyjemnym trzaskaniem suchych gałązek pod stopami…

 

***

Poranna mgła tańczy, ślizga się nad łąką, ulatuje ku górze i wykonuje piruety, zjawiskowo oświetlana wschodzącym słońcem. W wirujących obłokach dostrzegam delikatną sylwetkę sarny. Obserwuję jak z gracją porusza się w tej baśniowej scenerii. Z wysokich traw niespodziewanie czmycha zając – z czujnymi uszami przystaje na chwilę na otwartej przestrzeni, po czym zwinnie daje susa do lasu. Uznając to za zaproszenie, ruszam w wytyczonym przez niego kierunku. Tym razem wkraczam do królestwa rudzików. Uważnie nasłuchuję ich głosu i wśród liści wypatruję tych małych szaro-pomarańczowych stworzeń. Rudziki radośnie towarzyszą mi jeszcze przez chwilę, ale dalszą wędrówkę każą wieść samotnie. Pięknym zbiegiem okoliczności szybko znajduję sobie jednak nowe towarzystwo. Moim oczom ukazuje się dostojna klępa z łoszakiem u boku. Łosie powoli ciągną przez gęsto zadrzewiony dziki las. Podglądam je na raty, kawałek po kawałku, a poszatkowane pniami drzew obrazy w wyobraźni składam w całość. Pełna radości z niezwykłego spotkania, przez dłuższą chwilę bawię się z nimi w chowanego, by wreszcie zatrzymać się i pozwolić im na dobre zniknąć pośród drzew…

***

O świcie natura nie tylko wyczarowuje piękne obrazy, ale też porusza struny naszych dusz, wygrywając na nich czasem radosne, czasem przepełnione nostalgią melodie. Cudownie jest móc przeżywać poranki na własnej skórze, dlatego choć z natury bliżej mi do sowy, to z wyboru coraz częściej bywam skowronkiem. Bo kto rano wstaje, ten doświadcza prawdziwej magii.

6 Comments

  1. Hej Monika, cudownie to wszystko opisujesz! Jestem pod wielkim wrażeniem. Czułam się otulona tym tekstem, tak jakbym tam z Tobą była.Zdolna dziewczyna jesteś 🙂 Pozdrawiam Cię serdecznie 🙂

    1. Cześć Eliza, jak fajnie Cię tu widzieć! 🙂 Bardzo się cieszę, że Ci się podoba 😊 Miło usłyszeć takie ciepłe słowa… Dziękuję i ślę pozdrowienia 🙂

  2. Przeczytałem ten tekst chyba 10 raz, zawsze robiąc kilkunastodniowy odstęp czasu. Monika napisałaś piękny, wspaniały, wręcz poetycki opis chwil spędzonych w naturze. Jesteś zdolną BESTIĄ, a Twój tekst o wyjątkowo delikatnej naturze, jest super. POETKO kłaniam się w pas. Zdjęcia – fajnie kadry, dobrane, klimatyczne i nie za dużo, by nie znudzić. Co do zdjęć to wiesz, że nie ściemniam i czasami aż sam żałuję, że tak krytykuję. Pozdrawiam Robert.

    1. Robert, to ja kłaniam się w pas! Czytać takie miłe słowa to ogromna przyjemność 🙂 Dziękuję za nie! Zresztą za krytykę też – dzięki niej mogę spojrzeć na własne prace świeżym okiem 🙂 Pozdrawiam ciepło, Monika

Odpowiedz na „MonikaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.